16 lut 2011

Ha, cóż to była za schadzka!

Chociaż zza horyzontu wychyla się schadzka u Cynki, chętnie wspominam huczne spotkanie pod hasłem "H".
Do hacjendy Duni zjechały się hospodynie. Maluch Duni powitał nas w hallu honorowo i ze śmiechem. W kominku hajcował ogień - ukochany to hospodyń habitat.



Uciecha po pachy! Hałaśliwa heca! Hamować trzeba było huk i hałas naszej hałastry.
Zgodnie z harmonogramem: wysłuchano swoich historii, kwitł handel, testowano machiny, pochłaniano hausty herbaty, chrupano chleb i horrendalne chapsy horiatiki. Hejże chichoty, hejże uciecha! Huczały wręcz hormony na widok zachęcających czasopism.



Pokazano dotychczas schowane fachowo wykonane prezenty. Zrzucono na hałdę huśtawki, herbaciarki, hortensje i chatki(z ang. house). W hołdzie wspólnemu hobby wybuchł na chwilę harmider, lecz dalej harmonijnie przebiegła wymiana.



Happy endem skończyła się impreza. Chlipać się chciało, gdy zahuczały chronometry i trzeba było dać chodu. Chyba chyżo zechcemy kolejnej schadzki!

1 komentarz:

cynka pisze...

Kochana Fantastycznie opisujesz nasze spotkania!!!!
czekam na opis tego ostatniego:D